PUDEŁKO ŚWIĄTECZNE THE GROCERS

0
Brophys co roku rozdawał swoim klientom świąteczne prezenty w postaci świątecznego ciasta, co naturalnie cieszyło się uznaniem i było cenione przez wszystkich – zwłaszcza w domu pełnym dzieci.
Brophys co roku rozdawał swoim klientom świąteczne prezenty w postaci świątecznego ciasta, co naturalnie cieszyło się uznaniem i było cenione przez wszystkich – zwłaszcza w domu pełnym dzieci.

Comaskey - Nie możesz mówić poważnie
Comaskey – Nie możesz mówić poważnie

W latach poprzedzających lata 1960. XX wieku prawdopodobnie najbardziej akceptowalnym prezentem lub smakołykiem, jaki można było komuś dać, było coś do jedzenia. W epoce wielodzietnych rodzin, ograniczonych zasobów i skrajnej biedy, „radzenie sobie” było codziennym zajęciem.

W tamtych czasach nie brakowało troski, dzielenia się i wszechogarniającej życzliwości ludzi. Ci, którzy mieli niewiele, dzielili się z tymi, którzy mieli mniej. Kiedy dzieci przychodziły do ​​domów swoich towarzyszy zabaw, dostawały kromkę chleba z dżemem albo kawałek domowego ciasta porzeczkowego. Kiedy w jednej rodzinie wysychała jedyna krowa, sąsiad z dwiema lub więcej krowami co wieczór wrzucał do niej puszkę mleka.

Kiedy dołek z ziemniakami w gospodarstwie domowym się opróżniał, w dołku sąsiada zawsze było wystarczająco dużo, by zapewnić obiad na stole. Coroczne ubijanie świni było wielkim wydarzeniem w społeczności, a dzień po „zabiciu” (zabiciu) wiadro „griescíns” (małych kawałków świeżej wieprzowiny, wątróbki, serca itp.) dostarczano wszystkim sąsiadom.

Jestem pewien, że w miastach panowała taka sama życzliwość, ale tak to wyglądało „na wsi”.

W okresie Bożego Narodzenia duch hojności i życzliwości był jeszcze bardziej powszechny. W tym miejscu należy podkreślić, że wszyscy ludzie mieli swoją dumę i istniała cienka granica, której nie można było przekroczyć. Nie dało się dokładnie wyjaśnić, gdzie przebiegała granica między życzliwością a postrzeganą „miłosierdziem”, ale ludzie po prostu wiedzieli.

Oprócz otrzymania prezentów świątecznych, których nie powinno się dostać, duma człowieka może ucierpieć, jeśli nie otrzyma tego, co uważał za stosowne. Oto historia mężczyzny, który czuł się oszukany przez rozmiar swojego świątecznego pudełka!

Jimmy i May Brophy byli właścicielami miejscowego sklepu spożywczego i spożywczego, w którym sprzedawali wszystko od batoników półpensowych po noże do siana.

Rodzina Brophy była dobrymi i porządnymi ludźmi – więcej niż uczciwymi w kontaktach z klientami. Rachunki za zakupy spożywcze oczywiście trzeba było płacić, ale May czy Jimmy często rozdawali bochenki chleba, wiedząc, że nigdy nie dostaną zapłaty.

Brophys co roku rozdawał swoim klientom świąteczne prezenty w postaci świątecznego ciasta, co naturalnie cieszyło się uznaniem i było cenione przez wszystkich – zwłaszcza w domu pełnym dzieci.

Ciasto to zazwyczaj miało kształt keksu z gałązką ostrokrzewu na wierzchu.

Wszystko szło gładko, aż do momentu, gdy pewna klientka powiedziała innej kobiecie, że była w sklepie Brophy'ego i na własne oczy zobaczyła, że ​​pani Stella Stephens, duża farmerka, dostała w prezencie świątecznym lukrowane ciasto.

Margaret była głęboko obrażona, co jasno wyraziła swojemu mężowi, Jackowi. Była Wigilia i Jack, niesłynący ze spokoju, musiał zejść na dół, żeby zapłacić za zakupy na cały tydzień i odebrać tradycyjne ciasto. „Zajmę się tym” – obiecał Margaret.

Poszedł do sklepu, zapłacił rachunek, ale kiedy zaproponowano mu keks, Jack wybuchnął śmiechem. „Czy moje pieniądze nie są tak dobre jak u Stephena?”, zapytał. „Wielki tort z lukrem dla wielkich farmerów i kieliszek dla reszty z nas?”

May Brophy nigdy z nikim się nie pokłóciła i teraz odezwała się łagodnym głosem: „Tak, Jack, twoje pieniądze są dobre; ale Stephenowie kupują tu paszę dla zwierząt, narzędzia, benzynę i węgiel – a także artykuły spożywcze. Nie musimy nikomu dawać niczego za darmo… a to, co dajemy, to niczyja sprawa. A teraz, wesołych świąt, Jack… Chcesz swój „brack”, czy nie?

Jack przez chwilę milczał, zamyślił się i powiedział: „Wesołych Świąt dla Ciebie i Twoich bliskich, May… i dziękuję za darmowe świąteczne ciasto”. Mimo to odszedł z lekkim wzburzeniem. Jednak jego pocieszone myśli skupiły się teraz na nowiutkim angielskim banknocie jednofuntowym w kieszeni. Jego siostra wysłała mu pieniądze „wyłącznie na świąteczny napój dla ciebie”, głosił napis na kartce.

Jack wracał do domu z ciastem i wracał do Barry's Bar – gdzie Wigilia pozwalała na odrobinę szaleństwa niż zwykle. Za funta można było kupić około dziesięciu butelek stouta i paczkę 20 papierosów Goldflake.

Włożywszy ciasto do torby, którą miał na plecach, Jack miał właśnie wsiąść na motocykl, gdy zauważył młodego chłopaka z rowerem przy ścianie.

Chłopiec, może 12-letni, miał na sobie cienką kurtkę, a sposób, w jaki owijał jutową torbę na zakupy wokół kierownicy, wskazywał, że nie ma w niej wiele rzeczy.

Jack wiedział, że chłopak musi być jednym z licznej, biednej rodziny, która właśnie przeprowadziła się do domku na końcu drogi. Jack zdjął torbę z pleców. „Czy chcesz ciasto świąteczne?” zapytał chłopaka. „Chciałbym…” i ciasto włożył do jutowego worka chłopca.

Ten drobny gest dobroci niemal przytłoczył Jacka duchem świąt… czymś obcym jego normalnemu zachowaniu. May była zaskoczona, gdy niedawno obrażony klient wrócił z uśmiechem na twarzy. „Ile kosztuje lukrowany świąteczny tort?” – zapytał. „Dwa i dziewięć pensów – ale pół korony też wystarczy” – i po tym Jack wyszedł z tortem po raz drugi tego wieczoru.

Dziś wieczorem musiałoby wypić siedem butelek portera zamiast dziesięciu… ale to dobre uczucie było warte więcej niż jeden czy dwa drinki.

Jack wrócił do domu, otworzył plecak i położył ozdobiony lukrowanym tort na stole, podczas gdy dzieci tańczyły w kółko.

 „Mówiłem ci, że się tym zajmę!” – to było wszystko, co kiedykolwiek powiedział Margaret.

Nollaig Shona duit

Wesołych Świąt wszystkim! Nasza ostatnia myśl, jak zawsze w tym tygodniu, kierujemy do tych z Was, którzy obchodzą Boże Narodzenie z dala od miejsc, w których żyją Wasze myśli i wspomnienia.