
Mam to w garści, chłopaki! Nie uwierzycie, ale odpowiedź spadła na mnie jak grom z jasnego nieba… a może to był język ognia, który spadł na mnie podczas mszy w zeszłym tygodniu. Pamiętacie kościelną zagadkę, której nikt z nas nie potrafił rozwiązać? Cóż, zaraz znajdziecie odpowiedź tutaj, w drobnym druku.
Dla tych z Was, którzy dopiero do nas dołączyli: „Chłopaki” to barwna grupa zagubionych dusz, nieustannie poszukujących odpowiedzi i udzielających rad. W sumie jest ich około dwudziestu, ale zazwyczaj nie więcej niż sześciu do ośmiu pojawia się przypadkowo w odpowiednim miejscu. Pogrzeby i mecze piłki nożnej zazwyczaj wymagają zwołania zebrania, ale to w pubie załatwia się najtrudniejsze sprawy. Chłopcy to eksperci i tylko raz udało im się znaleźć odpowiedź lub rozwiązanie.
Każdy z obecnych ma swoją specjalistyczną wiedzę: czy to sport, prawo, polityka, medycyna, wróżenie z kryształowej kuli, czy teologia. Czasami dołączają Gorlowie, ale tym razem raczej trzymali się z daleka; z wyjątkiem jednej, dwukrotnie zamężnej damy dalej, która, jak słyszano, mruknęła: „Chcę, żeby zgnił w piekle”.
Wróćmy do tematu, kiedy burza mózgów w barze zawiodła chłopaków – po raz pierwszy i jedyny.
Był sobotni wieczór w pubie – mniej więcej w porze mszy w pobliskim kościele. Kilku chłopaków poszło na mszę, ale Clancy i „Skowyt” dotarli do ściany zaledwie dwieście metrów przed wejściem do długiego przejścia i musieli przesiedzieć ten wieczór na dwóch wysokich stołkach.
„No i o czym on dziś gadał?” – zapytano pierwszego z porządnych chłopaków, gdy tylko wszedł. „Pewnie szuka pieniędzy” – wtrącił „Marudziarz” z drugiego krzesła. Gdy reszta kworum przybyła, odezwał się ich rzecznik ds. spraw duchowych.
Jan („Chrzciciel”) cieszył się w tej dziedzinie szacunkiem ze względu na swoją umiejętność regularnego cytowania fragmentów Starego Testamentu. Kiedy „Chrzciciel” przemawiał o religii, pozostali słuchali.
„Ojciec głosił kazanie na temat Modlitwy Pańskiej i podkreślał, że Bóg nie przebaczy nikomu złych uczynków, dopóki dana osoba nie przebaczy tym, którzy zawinili wobec niej”.
Mówiąc wprost: Lads nie byli znani z dawania sobie spokoju z urazami czy żalami – więc teraz w powietrzu unosiła się gęsta atmosfera niepokoju. Ten brudny pasek z miotły sprzed dwudziestu lat wciąż boli; kradzież dziewczyny, długi, kłamstwa i wszelkiego rodzaju waśnie i zdrady.
„Co więcej, musicie modlić się za tych, którzy was prześladują i oczerniają” – kontynuował „Baptysta”… co tylko pogłębiało ponury nastrój. To było zbyt wiele dla chłopaków; wszyscy wierzyli, że będą mieli prawo trochę popracować nad swoim wrogiem, żeby wyrównać rachunki, zanim zastanowią się, o co prosi ich „Baptysta”. I wtedy zamarło…
To było kiedyś… to jest teraz!
Zaczekałem, aż osiągniemy pełne kworum, zanim kontynuowałem. „Mam odpowiedź, która uwolni nas wszystkich od odpowiedzialności za klauzulę o przebaczeniu” – oznajmiłem z przekonaniem. Wszyscy chłopcy wpatrywali się we mnie – zwłaszcza „baptysta”. Wyjaśniłem, że mszę, w której uczestniczyłem w zeszłym tygodniu, odprawił przemiły ksiądz, który mówił o nieskończonym miłosierdziu Boga. Musiał zaśpiewać „Ojcze nasz” i wtedy przyszła mi do głowy odpowiedź, chłopcy. Oczywiście, że ma rację i musimy modlić się za naszych wrogów i przebaczać przewinienia. (Siedem ust otworzyło się teraz w moją stronę).
„Ale chłopaki, dotarło do mnie, że wystarczy, że nie będę życzył nikomu piekła za to, co mi zrobili. (Chłopaki wiedzą o kłamstwach, listach, fałszywych oskarżeniach i kampaniach nienawiści). Jeśli istnieje przepis na „przemówienie o wpływie na ofiarę”, powiem po prostu: „Panie, nie chcę, żeby ktokolwiek piekł za to, co mi zrobili. Myślę, że to załatwi sprawę…? Nadal możemy być zranieni i wściekli i znać naszych wrogów takimi, jacy są… ale trzymanie ich z dala od piekła wystarczy, by spełnić klauzulę „jak im odpuszczamy”.
„Baptysta” przemówił. „Comaskey, jesteś geniuszem… nie, nie… jesteś święty!” Rozglądając się, wykrzyknął radośnie: „Wszyscy jesteśmy święci… jeśli zgadzasz się z tą pomysłową interpretacją problemu, który dręczy nas od zawsze. Czy wszyscy zgadzamy się nie skazywać tych drani na piekło…?”
„Baptysta” mierzył wzrokiem każdego z chłopaków po kolei, aż w końcu przynajmniej skinął głową. „Nękacz” był ostatni, a drgnięcie jego twarzy zdradzało najgłębszą walkę. W końcu presja ze strony wszystkich, którzy zaglądali mu w duszę, zmusiła go do przemówienia. „Ach, chyba w porządku… byleby ten gnojek poszedł do piekła za coś, co komuś zrobił!”
Nie zapomnij
Zawsze wybaczaj swoim wrogom: nic ich tak nie denerwuje.












