Co za wspaniały dzień w Cartagenie w środę. Zorganizowany przez Klub Aktywności Emerytalnej Torrevieja we współpracy z oddziałem Królewskiego Legionu Brytyjskiego w Orihuela Costa, ponad pięćdziesięciu członków dwóch grup wyruszyło wcześnie rano, aby dotrzeć do Arsenalu Cartageny, gdzie o 10:XNUMX rozpocznie się spotkanie.

Uzbrojeni w paszporty i w obliczu obecnej sytuacji bezpieczeństwa, w pełni przewidując, że wejście będzie nie lada wyzwaniem, nieustraszona pięćdziesiątka stanęła już przed bramą Arsenalu o 9:XNUMX. Krótka wizyta na posterunku wartowniczym przez energicznego Malcolma, który natychmiast oczarował podoficera Provosta i zmusił go do uległości, sprawiła, że autobus wjechał na bazę niemal bez żadnych problemów, poza uderzeniem Mary, gdy Malcolm wsiadł z powrotem do autobusu.

Jednak wcześnie rano, gdy wyznaczony przewodnik wciąż przecierał oczy, grupa została skierowana do kawiarni, gdzie wiele osób zdecydowało się na późne śniadanie, ale o godzinie dziesiątej zostaliśmy odprowadzeni z powrotem do głównej bramy, gdzie rozpoczęła się wycieczka.

Ponieważ wizyta odbywała się głównie w języku hiszpańskim, grupa miała szczęście, mogąc skorzystać z usług członka TRACS, Pabla, który spędził poranek, tłumacząc dla eskorty. Być może poświęcił temu więcej czasu, niż się spodziewał na początku dnia, ale z czasem zaczęło mu się to podobać.

Powoli oprowadzano nas po tym architektonicznym klejnocie, którego budowę, trwającą 50 lat, po raz pierwszy podjął w 1732 roku architekt wojskowy Sebastián Feringán. I jakże wspaniałej pracy dokonał, mimo że nigdy nie zobaczył gotowego dzieła.

Wyjaśniono, że sama budowa została podjęta przez więźniów i niewolników, którzy później przyczynili się do budowy statków i fortyfikacji miasta. Prace polegały na założeniu dużego portu wojskowego, obejmującego wały, warsztaty, magazyny i stocznie, a w ostatnich latach dobudowano także Szkołę Okrętów Podwodnych.

Rzeczywiście, to właśnie Szkoła Okrętów Podwodnych była następnym portem, najpierw otwarto muzeum, a potem symulator okrętu podwodnego S-80, który został opracowany z myślą o szkoleniu załóg do kierowania nowoczesnymi statkami.

Następnie zostaliśmy eskortowani na pokład korwety Infanta Cristina, która weszła do służby w 1980 roku. Po wejściu na pokład grupa została oprowadzona po statku, podczas gdy młody inżynier marynarki wojennej opowiedział o życiu na pokładzie, a także o wielu elementach uzbrojenia i możliwościach operacyjnych. Zwiedziliśmy również mostek, czyli stanowisko dowodzenia, skąd starszy oficer wachtowy przejmował dowodzenie nad statkiem na pełnym morzu, pełniąc jego funkcje operacyjne.    

Po smutnym pożegnaniu, podczas którego wizyta przypadła nam do gustu o wiele bardziej, niż się spodziewaliśmy wcześniej tego dnia, nadszedł czas na lunch na promenadzie, a następnie krótki przejazd drogą AP7, by wziąć udział w doświadczeniu Licor 43.

Nasi przewodnicy przeprowadzili wstępne wprowadzenie, zanim grupa została oprowadzona po muzeum firmy oraz zakładach produkcyjnych i rozlewniach. Niestety, godziny otwarcia zbiegły się z porą sjesty, a może była to zmiana zmiany, ale ponieważ byliśmy oprowadzani po zakładzie, niewiele się działo. Wiele informacji historycznych, sięgających czasów rzymskich, a także początków firmy na początku lat 50., zostało nam jednak wyjaśnionych podczas przechadzki po terenie fabryki.

Następnie udaliśmy się do „chill-out baru”, gdzie wielu z nas było mile zaskoczonych różnorodnością produktów dostępnych do spróbowania. Mój ulubiony, Ginger 43, choć brzmi bardziej jak chiński kelner, spełnił wszystkie nasze oczekiwania – był łatwy w przygotowaniu i miał świeży, letni koktajl, który teraz z pewnością należy do moich ulubionych… mmm!

Obowiązkowy sklepik znajdował się oczywiście tuż obok i szybko go otworzyliśmy, gdy zaczęliśmy opróżniać nasze napoje. Oczywiście nie było szans na dokładkę!

Jakież więc było miłe zaskoczenie, gdy przywitano nas kolejnymi próbkami dodatkowych produktów i linii firmy, gdyż po raz kolejny twardziele stanęli przed niezbyt przyjemnym zadaniem grzebania głęboko i opróżniania oferowanych butelek. 

Obowiązkowy kielich oczywiście został zakupiony, a następnie zrobiono nam obowiązkowe zdjęcie, zanim zostaliśmy odprowadzeni z powrotem do autokaru, który miał nas wkrótce odwieźć do domu.

Bardzo przyjemny dzień w niezwykle doborowym towarzystwie. Brawo dla organizatorów, Malcoma i Mary Rusbridge. Mamy nadzieję, że kalafiorowe ucho, Malcolmie, nie sprawi Ci większego dyskomfortu w nadchodzących dniach. Ale przynajmniej trzyma Cię w górze!