Przypomniałem sobie, co czułem po wyzwaniu z 2015 roku (5-kilometrowy spływ kajakowy rzeką Rio Segura z Murcii do Guardamar), a siedząc okrakiem na moim motocyklu w Gran Alacant, zacząłem się zastanawiać, w co się znowu wpakowałem.
Za mną jechał mój syn, który dołączył do mnie w tej podróży, i kilkunastu innych motocyklistów z Rawhider Motorcycle Club, którzy przyjechali nas pożegnać. Mimo to, było już za późno na zmartwienia. Ja i mój syn Mitch, spakowani na motocykle niczym dwaj Beduini zmierzający na pustynię, opuściliśmy Gran Alacant i ruszyliśmy na północ, rozpoczynając pierwszy z dwudziestu czterech dni podróży; przemierzając granice Hiszpanii bez korzystania z autostrad.
Powód? Podobnie jak w zeszłym roku, chcieliśmy zwiększyć rozpoznawalność (i, miejmy nadzieję, zebrać kilka euro) dwóch organizacji bliskich naszemu sercu: AECC (Hiszpańskie Badania nad Rakiem) oraz organizacji Samarytanie w Hiszpanii. Dzięki pomocy kilku bardzo dobrych przyjaciół i rodziny, a także hojnych firm i osób prywatnych, które pokryły koszty paliwa i wyżywienia na czas podróży (na czas trwania wyzwania ograniczyliśmy się do pięciu euro dziennie od osoby), udało się to zrealizować.
Udaliśmy się na północ przez Alicante i wzdłuż wybrzeża do Walencji, gdzie spędziliśmy pierwszą noc na kempingu. Nasz zespół zorganizował nam darmowe kempingi w całej Hiszpanii, więc wiedzieliśmy, że przynajmniej będziemy mieli gdzie spać. Z Walencji kontynuowaliśmy podróż wzdłuż wybrzeża do Tarragony i Barcelony, dwóch pięknych miast, a następnie dalej w górę do Girony, gdzie spędziliśmy ostatnią noc przed trzydniową wyprawą w Pireneje.
Mogę szczerze powiedzieć, że nigdy nie widziałem tylu orłów szybujących niemal na wysokości naszych szczytów. Chwilami trudno było nam patrzeć na drogę, bo oboje byliśmy zafascynowani tymi oszałamiającymi stworzeniami. Pireneje były pełne niespodzianek o innych kształtach, czy to krowy spokojnie skubiącej trawę na poboczu – blokując jednocześnie resztę drogi swoim ciałem – czy starej, opuszczonej wioski, po której wciąż można było spacerować i zaglądać do kamiennych domów i sklepów.

Wilgoć była największym problemem podczas całej podróży, a na północy oznaczało to rozbijanie i tak już przemoczonego namiotu wieczorem, który nie miał szans wyschnąć do rana, kiedy cały proces zaczynał się od nowa. Nie przeszkadzało nam to jednak, ponieważ wsiadanie na rowery każdego ranka i codzienne podróże w nowe miejsce z nawiązką rekompensowały przemoczony namiot i mokre skarpetki.
Gdy po nocy spędzonej w A Coruña ruszyliśmy na południe, powietrze wyraźnie się ociepliło, a ponieważ słońce zachodziło po naszej prawej stronie, jazda późnym popołudniem była o wiele łatwiejsza; przez ostatnie kilka dni jeździliśmy, mając zachodzące słońce w oczach.
Granica z Portugalią była po naszej prawej stronie, gdy kierowaliśmy się dalej na południe przez Salamankę, Badajoz i w końcu dotarliśmy do południowego wybrzeża w Faro w Portugalii, po czym skręciliśmy ostro w lewo i udaliśmy się do Huelvy w Hiszpanii na noc. Przez cały dzień mieliśmy problemy z rowerem Mitcha, co oznaczało trzynaście godzin w drodze i 540 km pokonanych kilometrów. Rano rower wymagał jednak uwagi, ponieważ było już za ciemno, żeby go szukać.
Zanim wróciłem spod prysznica, Mitch już pracował przy motocyklu. Z poczerniałymi od smaru i oleju dłońmi i twarzą, dumnie uniósł gaźnik i wskazał problem: pęknięty wąż. W ciągu pół godziny byliśmy już z powrotem w drodze do Sewilli i Jerez, żeby się rozejrzeć, a następnego dnia wrócić na wybrzeże i spotkać się z telewizją w Marbelli.
Dotarliśmy na czas na wywiad telewizyjny i wkrótce ruszyliśmy w drogę powrotną, przemierzając Sierra Nevada, aby spotkać się ze starą przyjaciółką, Molly Seers, która wpadła na drinka do jednego z moich ulubionych miast na świecie, Grenady. To miejsce miało dla nas również inny plan: chcieliśmy wspiąć się na najwyższy szczyt kontynentalnej Hiszpanii, Mulhacen, i zrobić sobie tam wspólne zdjęcie na wysokości 3,000 metrów.

Ależ to było zimne! Przejechaliśmy 40 km (co zajęło nam około półtorej godziny) i zrobiliśmy zdjęcie, a może i odmrożenia, ale było warto dla samych niesamowitych widoków. Wiedzieliśmy, że wieczorem czeka na nas wygodne łóżko i ciepła kolacja w pensjonacie w Almerii, Casa Oasis, który udostępnił nam nocleg na czas podróży. Ruszyliśmy w drogę jeszcze raz, być może trochę za szybko.
Następnego ranka, kiedy opuszczaliśmy pensjonat, byliśmy doskonale odświeżeni. Paula opiekowała się nami godnie, a jej przyszły mąż, Derreck, zadbał o to, abyśmy przez cały wieczór mieli pod ręką chłodne piwo.
Wiedzieliśmy już, że jesteśmy niedaleko domu; jakieś 200 km i zostało nam tylko kilka dni jazdy, zanim wszystko się skończy. Nie mogliśmy się doczekać spotkania z naszymi dziewczynami, a ja bardzo tęskniłem za moim labradorem, Woopym, ale myśl o tym, że nie będziemy wstawać codziennie i nie będziemy odkrywać nowych miejsc na motocyklach, sprawiała, że chwilami w interkomach robiło się cicho, gdy wspominaliśmy minione dni przygód.
Z Almerii w górę Costa Calida, mijając Mazarron i Cartagenę, aż do Costa Blanca. Podróż dobiegała końca, ponieważ odwiedzając sponsorów i organizacje charytatywne w Torrevieja, przygotowywaliśmy się na to, co miało być ostatnim półgodzinnym odcinkiem naszej wyprawy.
W najlepszych historiach zawsze jest jakiś zwrot akcji, prawda? Cóż, nasza nie była inna. Osiem kilometrów od domu, a niebiosa właśnie się otworzyły, mój rower (który delikatnie pielęgnowałem z problemem przez ostatnie 500 km) nie mógł jechać dalej i po prostu się zatrzymał. W deszczu, staliśmy na poboczu, przemoknięci do suchej nitki i czekaliśmy, aż nasze dziewczyny nas znajdą. Przygotowaliśmy się, żeby wsiąść na rower Mitcha i dojechać razem do mety, bez względu na wszystko.
Udało się, i to była niezła przygoda. Hiszpania to ogromny kraj, który widzieliśmy przez ostatnie dwadzieścia cztery dni i mieliśmy nadzieję, że pomogliśmy też w tej sprawie. Co teraz zrobimy?













